KOMANDOR ZBIGNIEW PRZYBYSZEWSKI

patron Muzeum Obrony Wybrzeża
 

Dnia 11 listopada 2006 roku, w Święto Niepodległości Polski - zarząd Muzeum Obrony Wybrzeża podjął uchwałę o nadaniu naszemu Muzeum imienia komandora Zbigniewa Przybyszewskiego.
Wielu osobom nieznającym tematu może się to wydać niezwykłe, ale do Helu rokrocznie ciągną istne pielgrzymki ludzi chcących zobaczyć sławną z obrony Helu baterię Laskowskiego i obejrzeć miejsce, gdzie walczył jej dowódca - obrońca Helu, tak bliski wielu Polakom - Zbigniew Przybyszewski.
Jego osoba, jego bohaterskie życie, okrutny los, który go spotkał niespodziewanie w pełni życia są tak niezwykłe i niespotykanie, że aż ktoś nieznający jego historii może uważać - że zbyt pozytywne i przesłodzone. Dlatego warto przybliżyć tę postać wszystkim - i tym, którzy wiedzą o nim więcej, i tym zupełnym laikom, którzy z trudem kojarzą jego nazwisko z Helem.
22 września 1907 roku w rodzinie ziemiańskiej w Giżewie koło Kruszwicy państwu Józefowi i Helenie z domu Janiszewskiej urodziło się ósme (przedostatnie) dziecko - syn, któremu nadano imiona Zbigniew Józef. Zbigniew odebrał w domu staranne, patriotyczne wychowanie, a po ukończeniu szkół zdał w 1927 roku maturę w inowrocławskim gimnazjum. Za namową ojca rozpoczął naukę na Wydziale Morskim Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej, którą w 1930 roku ukończył z oficerską promocją podporucznika marynarki. W trakcie nauki odbył rejs atlantycki na żaglowcu szkolnym Marynarki Wojennej - ORP "Iskra".
W następnym roku odbył kurs aplikacyjny dla podporuczników marynarki w szkolnym dywizjonie Marynarki Wojennej w Gdyni. Po promocji na porucznika marynarki w 1933 roku jego szkolenie w latach 1934-35 zaczęło nabierać dodatkowego tempa: uczestniczył w praktyce artyleryjskiej we Francji, ukończył w Warszawie kurs elektrotechniki oraz II Kurs Oficerów Artylerii Morskiej i II Kurs Oficerów Podwodnego Pływania. Szkolenia nie przerywały jego ściśle wojskowej drogi życia - od 1931 był oficerem wachtowym na torpedowcu ORP "Krakowiak", na którym na początku 1933 mianowano go zastępcą dowódcy. Jednocześnie jako p.o. oficera wachtowego, uczestniczył w rejsie niszczyciela ORP "Wicher" do Szwecji.
Pod koniec 1933 roku był przez pewien czas dowódcą kompanii w Kadrze Floty w Gdyni. W 1934 został oficerem artylerii na okręcie podwodnym ORP "Wilk".
Przybyszewski niezależnie od pracy w wojsku zajmował się aktywnie jachtingiem, piastował kierownicze stanowiska w Ośrodku Szkolenia Jachtingu Morskiego i kilkakrotnie brał udział w regatach na Bałtyku. W1935 roku zmienił stan cywilny biorąc za żonę w Helenę Poważe, siostrę kolegi ze Szkoły Podchorążych. Nowo poślubieni małżonkowie zamieszkali w Gdyni przy ulicy Ejsmonta.
W 1936 objął funkcję zastępcy dowódcy torpedowca ORP Mazur, a od 1937 pływał jako I oficer artylerii na niszczycielu ORP "Burza" a następnie na ORP "Błyskawica". Ze względu na znakomitą opinię, którą wyrobił sobie jako oficer, i świetne wyniki strzelań artyleryjskich dowodzonych przez niego marynarzy-artylerzystów został, już jako kapitan marynarki, mianowany pod koniec 1938 roku dowódcą XXXI Baterii Artylerii Nadbrzeżnej na Helu. Fakt ten został przyjęty przez kmdra Steyera - Dowódcę Rejonu Umocnionego Hel z wielkim entuzjazmem i zadowoleniem. Przybyszewski - "Zbyszko z Kruszwicy" - jak go wówczas nazywano, w Marynarce Wojennej cieszył się już wtedy ogromnym szacunkiem i uznaniem.
Zbudowana w 1935 roku XXXI Bateria Artylerii Nadbrzeżnej - to najpotężniejsza i niestety jedyna w okresie przedwojennym - polska bateria najcięższej artylerii zwana od 1937 roku także imieniem jej twórcy, kmdr Heliodora Laskowskiego. Składała się z czterech dział Boforsa o kalibrze 152,4 mm - zlokalizowanych na potężnych żelbetowych stanowiskach usytuowanych na samym skraju cypla Półwyspu Helskiego, stąd nazywano ją także "baterią cyplową". Bateria mogła skutecznie strzelać na odleg łość do 26 km. Przybyszewskiemu podlegała także bateria nr 21 [oświetlająca i przeciwlotnicza] - 2 działa Schneider kalibru 75 mm, traktowana jako wydzielona część baterii Laskowskiego.
Gorące lato 1939 roku przynosi wzrost napięcia i kolejno ogłaszane mobilizacje częściowe. Stan baterii zwiększono tak, że składała się w sumie z pięciu oficerów i około stu podoficerów i marynarzy reprezentujących bardzo wysoki poziom wyszkolenia bojowego oraz wysokie morale. Powiększono także uzbrojenie p-lot o pojedynczy nkm 13,2 mm i wymieniając stare ckm-y na nowsze wz. 30. Armaty 152,4 mm miały zapasy amunicji wynoszące zaledwie 186 pocisków na działo, a zadania postawiono przed baterią ogromne. Miała zwalczać wrogie jednostki floty i wspierać obronę przeciwdesantową i przeciwlotniczą półwyspu, czyli być jednostką, na współdziałanie której będą liczyć niemal wszystkie oddziały lądowe i morskie z rejonu Zatoki Gdańskiej. Natomiast jej własna pozycja była osamotniona i musiała liczyć na wyłącznie na własne siły.
Powszechna mobilizacja zostaje ogłoszona przez Ministra Spraw Wojskowych 30 sierpnia 1939 r, a już najbliższej nocy Niemcy rozpoczynają atak na Polskę.
Ogromną cześć ciężaru obrony cypla przejęła natychmiast bateria Laskowskiego nie dopuszczając w pobliże wielokrotnie lepiej uzbrojonych okrętów niemieckich.
Już 3 września miał miejsce pojedynek artyleryjski, w którym polskie pociski trafiły w maskę działa niszczyciela "Leberecht Maass". Wynik tej kilkunastominutowej potyczki artyleryjskiej budzi do tej pory, wiele sprzeczności i kontrowersji. Trafienie w maskę działa "Leberecht Maassa" zgłosił zarówno dowódca baterii im. H eliodora Laskowskiego kpt. Zbigniew Przybyszewski, jak i niemiecki kontradmirał Lütjens. Z kolei komandor F. Ruge, który oglądał 4 września szkody na niszczycielu, twierdził, że były wywołane pociskiem kalibru, co najwyżej 120 mm.
Przez wiele dni bateria Laskowskiego toczyła pojedynki artyleryjskie - przede wszystkim z pancernikami "Schleswig-Holstein" i "Schlessien".
Rano 25 września pancerniki zdołały się prawidłowo wstrzelać i pociski kalibru 280 mm zaczęły wybuchać na terenie baterii. Jeden z nich trafił w betonową platformę działa nr 3, powodując śmierć dwóch marynarzy i poważnie raniąc kilku innych. Eksplozja uszkodziła maskowanie, a gruz i odłamki zablokowały mechanizmy działa. Kolejny z pocisków unieruchamia czasowo działo nr 1, a jeden z odłamków rani kierującego ogniem na nieosłoniętej wieży kpt. Przybyszewskiego. Pozostałe dwa działa strzelają nieustannie uzyskując trafienie w niemiecki pancernik. "Schleswig-Holstein" stawia zasłonę dymną, a bateria przenosi ogień na Schlesiena. Chwilę potem, około godziny 11.18, oba niemieckie okręty przerywają pojedynek i wycofują się poza zasięg polskiej baterii. Niemieckie okręty łącznie wystrzeliły 159 pocisków kalibru 280 mm i 209 pocisków kalibru 150 mm.
Dwa uszkodzone działa baterii Laskowskiego zostały wkrótce uruchomione, a rannego dowódcę zastępuje kpt. Bohdan Mańkowski. 28 września kpt. Przybyszewski opuszcza szpital wbrew zakazowi lekarzy i wraca z ręką na temblaku do dowodzenia baterią.
Legendy o bohaterstwie kpt. Przybyszewskiego, to nie tylko ten spektakularny powrót do akcji. To przede wszystkim to, że jako lubiany i cieszący się wielkim zaufaniem dowódca przez cały czas trwania walk nie dopuścił do moralnego rozkładu podległych sobie pododdziałów. Marynarze baterii wiedzieli o załamywaniu się frontów, o szybkim postępie wojsk niemieckich, o przypadkach rebelii i buntów na samym Helu - lecz sami do końca uważali się za niepokonanych i nie dopuszczali do siebie myśli o przegranej. Zwycięskie pojedynki z niszczycielami, równorzędna walka z dysponującymi ogromną siłą ognia pancernikami, udana obrona przeciwlotnicza - oto niezaprzeczalne sukcesy marynarzy XXXI baterii cyplowej, dowodzonej przez oficera, który swą postawą reprezentował w ich oczach coś więcej, niż tylko zwyczajną, pozbawianą wyobraźni odwagę. Kpt. Przybyszewski umiejętnym szkoleniem i własnym przykładem wpoił tym ludziom morale, pozwalające im mobilizować się maksymalnie w okrutnych warunkach walki z nawałą wroga i do końca zachować pełną zdolność operacyjną baterii.
Tymczasem wojska polskie dodatkowo zaatakowane już 17 września od wschodu przez Związek Radziecki cofały się przed atakami wojsk niemieckich i radzieckich poza granice kraju. Poddała się Warszawa, padł Modlin, dalsza walka nie miała sensu. Nadeszła kapitulacja.
W nocy z 1 na 2 października załoga baterii cyplowej rozpoczyna niszczenie swoich stanowisk - centrali artyleryjskiej, dalmierzy, przyrządów celowniczych. Dwa zamki dział zostały zniszczone, a dwa pozostałe wymontowane i zatopione w morzu.
Spalono wszystkie szyfry, podobnie jak cześć akt i dokumentów.
Jak zanotował kpt. Przybyszewski:
,,2.X wpłynęły do portu okręty niemieckie, załoga przed odmarszem do niewoli odśpiewała hymn narodowy".
Z relacji porucznika Pawlikowskiego:
,,Wkrótce nadjechali samochodami niemieccy oficerowie, wysiedli, zbliżyli się do dowódcy, oficer niemiecki zasalutował i wyjął papierośnicę częstując kapitana papierosem, ten jednak energicznie odmówił, co nam się bardzo podobało. Niemiec zakomenderował z pruską butą - zdać broń! Wtedy kpt. Przybyszewski pobladł i z zaciśniętymi wargami wyszedł z szeregu. Niewprawnie manewrując jedyną zdrową ręką odpiął kordzik. Niemiec wyciągnął po niego rękę, ale ranny podszedł do nadbrzeża i z rozmachem cisnął broń w morze".
Ten symboliczny gest mówi więcej niż wiele słów.
Podczas okupacji Przybyszewski był więziony w oflagach X B Nienburg, XVIII B Spittal, wreszcie II C Woldenberg (Dobiegniew). Z tego ostatniego dwukrotnie próbował uciec - raz podkopem, drugi raz ukrywając się na wyjeżdżającej z obozu ciężarówce.
Po wyzwoleniu wahał się - jak wielu Polaków przebywających na Zachodzie - czy do Polski zmienionej zarządzeniami Jałty powrócić. Wybrał bezwarunkowo Polskę.
W kwietniu 1945 roku powrócił do kraju i rozpoczął pracę w Morskim Instytucie Rybackim w Gdyni. Od sierpnia tego roku został przyjęty do czynnej służby w Marynarce Wojennej. Służył w Pułku Morskim, a następnie od września 1945 r., mianowany do stopnia komandora podporucznika, był dowódcą kompanii szkolnej w Szkole Specjalistów Morskich na Oksywiu. W lipcu 1946 r. mianowano go dowódcą Dywizjonu Ścigaczy, a od października dowódcą nowosformowanego 31 Dywizjonu Artylerii Nadbrzeżnej w Redłowie. Na stanowisku tym przebywał do połowy 1949 r., kiedy to już w stopniu komandora porucznika, mianowano go szefem Służby Artyleryjskiej w Dowództwie Marynarki Wojennej w Gdyni. Latem 1950 roku awansował na stanowisko zastępcy szefa Wydziału Marynarki Wojennej przy Sztabie Generalnym WP.
Wtedy właśnie nadeszły najczarniejsze lata w historii polskiej Marynarki Wojennej - lata panowania tzw.Informacji Wojskowej - czyli po prostu władzy bezpieki i bezlitosnego bezprawia.
Kmdr Przybyszewski został wezwany do Warszawy. O czym wtedy myślał? Czy już spodziewał się aresztowania? Nie wiemy. Z pewnością nie spodziewał się jednak aż tak tragicznego rozwoju wydarzeń. Jako pierwszy z tak wysoko postawionych oficerówzostał aresztowany 16.IX 1950 r. po wejściu do gmachów wojskowych na Koszykowej.
Natychmiast po aresztowaniu zaczęło się okrutne, bezustanne i wynaturzone śledztwo - bezsensowne zarzuty spisku i szpiegostwa oraz nieustające tortury, których grozę trudno sobie nawet wyobrazić na podstawie lektury w ciepłym fotelu.
Wspomnę tu tylko moją rozmowę z synem kmdra Steyera, który był więziony i katowany zarówno przez Gestapo i w Stutthofie, jak i potem przez polski UB. Na sugestię, że musiało mu być na UB łatwiej przetrzymać - bo już miał "praktykę" jako więzień Gestapo - odparł: "w porównaniu z UB, można wspominać Gestapo i obóz, jako wakacje".
Brutalne, nieustanne, bezsensowne i wynaturzone śledztwo zakończyło się dla kmdra Przybyszewskiego wyrokiem wydanym za rzekome szpiegostwo przez zbrodniczego pułkownika - sędziego Informacji Wojskowej, którego nazwisko nie jest godne, aby je tu przytoczyć..
Wyrokiem była śmierć..
Kmdr Przybyszewski świadom zakłamaniu i bezprawiu, które go spotyka hardo odmówił złożenia prośby o rewizję wyroku czy też o łaskę. Prośby składane przez Jego rodzinę, od której został tak nagle oderwany, dotarły do samego prezydenta Bieruta - i zostały odrzucone.
16 grudnia 1952 roku komandor został zabity strzałem w tył głowy na korytarzu więzienia - tak jak to praktykowały "wspaniałe" polskie władze "bezpieczeństwa", broniące podobno sprawiedliwości. Nie wydano nawet rodzinie Jego zwłok.
Podobnie zakatowano i zamordowano z rozkazu kapturowych sądów bezpieki 20 wyższych oficerów i wielu - wielu niezliczonych żołnierzy i cywilów.
Decyzją Naczelnego Sądu Wojskowego z 24 kwietnia 1956 roku postępowanie karne zostało wznowione i po ponownym rozpatrzeniu sprawy uchylono wyrok z 1952r., stwierdzając całkowitą niewinność skazanych. Raport tzw. Komisji Mazura badającej "nadużycia i wypaczenia" w Informacji Wojskowej jednoznacznie postawił w tej i wielu innych sprawach zarzut mordu sądowego - jednak nie poszły za tym adekwatne wyroki skazujące sprawców tych niebywałych wynaturzeń. (Wyroki te były nieliczne i opiewały na rok- dwa więzienia, przeważnie w zawieszeniu).
Komandor Zbigniew Przybyszewski został po rehabilitacji pośmiertnie odznaczony Orderem Virtuti Militari za dowodzenie baterią cyplową na Helu w 1939 roku. Nic jednak nie jest w stanie przywrócić mu życia, nic nie zatrze strasznych lat, które zgotowała swoim obywatelom polska władza reprezentowana przez Informację Wojskową, UB i sądy kapturowe - z torturami, ale za to bez świadków, bez dowodów, bez prawa do obrony.
Czcząc imię bohaterskiego komandora Zbigniewa Przybyszewskiego pamiętajmy o tym, aby nigdy nie dopuścić do sytuacji, gdy totalitaryzm i niekontrolowane zbrodnie władzy mogłyby znów stanąć na porządku dziennym.
Zarząd Muzeum Obrony Wybrzeża planuje uroczyste odsłonięcie tablicy okolicznościowej na murach naszego Muzeum i podejmuje ciągłe wysiłki, by przed nowym sezonem turystycznym udało się uruchomić ekspozycje muzealną na stanowisku 203 Baterii Cyplowej. No, ale to już zależy w wielkiej mierze od władz wojskowych i od znalezienia sponsorów - bo możliwości finansowe MOW są nader skromne.

Władysław Szarski

do góry